środa, 6 września 2017

PLACEBO moje TOP 20

It's in your reach, concentrate... od tych słów rozpoczyna się piosenka Passive Aggressive zespołu Placebo. A ja za nią powtarzam sobie concetrate, bo chcę dziś napisać, o jedynym z tych zespołów, którego cała dyskografia znajduje się w mojej setce najważniejszych albumów
w życiu. I nie wiem jak zacząć, jak ich określi by zachęcić. Pojęcia rocka alternatywnego jest workiem bez dna i, w nim, obok siebie znajdują się grupy, całkowicie od siebie odmienne. Przez lata przyklejano im łatkę "muzyki dla niedoszłych samobójców", by potem zastanawiać się jak z niedoszłych samobójców można przejść na jasną stronę mocy i pisać o tym piosenki. Można i im to wychodzi. I wcześniej im również wychodziło za co pokochały ich tłumy.

Przedstawię wam dziś moje TOP 20 ich utworów. Zastrzegam, od razu, że jest to stan na dziś. Choć oczywiście są piosenki na śmierć i życie, to wiele z tych zawartych na liście jest na teraz

Ale... zanim przejedziemy do listy, w skrócie napiszę ich rys historyczny. 

Brian Molko i Stefan Olsdal - fundament Placebo. Fundament bardzo międzynarodowy, gdyż pierwszy z nich jest pochodzenia amerykańskiego (francusko-włoskiego) i szkockiego, drugi zaś szwedzkiego. Przez kilka lat chodzili do tego samego liceum w Luksemburgu. Znali się, ale nie przyjaźnili (delikatnie mówić). Spotkali się przypadkiem w Londynie, w metrze. Dokładnie na South Kensington, w 1994 roku. Stefan był, z gitarą zawieszoną na plecach, niezbyt chętny do rozmowy, a Brian zapisał mu swój numer telefonu i zaprosił na koncert jednej ze swoich kapel. I od tej pory możemy mówić o początkach zespołu Placebo. 

Pierwszym perkusistą zespołu został Robert Schultzberg, z którym Stefan chodził do tej samej szkoły (jeszcze w Szwecji). Nagrał z nimi tylko pierwszy album Placebo, potem za perkusją usiadł Steve Hewitt (którego Brian znał ze swoich wcześniejszych prób stworzenia zespołu) i grał z nimi nieprzerwanie do 2007 roku. Dyscyplinarnie wydalony, został zastąpiony przez dużo młodszego Steve'a Forresta, który z kolei opuścił zespół wiosną 2015 roku. Powodem miała być chęć spełniania się muzycznie poza Placebo. 

Zespół zatoczył koło i znów, w jego składzie, widnieją tylko dwie osoby - ojcowie założyciele. Choć plotki mówią, że przy kolejnym albumie, oficjalnym perkusistą zostanie Matt Lunn, który jest z nimi w trasie. 

Od 2008 roku, podczas tras koncertowych, występują w powiększonym składzie. Teraz są w trasie pod Australii, która jest celebracją ich 20-letnia istnienia. Celebrują tak od jesieni zeszłego roku, grając te piosenki, które uchodzą za ich największe hity. 

Ich setlista i moja playlista tylko w małej mierze się pokrywają. 

Gotowi? Moje TOP 20 jedynego w swoim rodzaju Placebo! 

umieszczam zdjęcie tylko tej dwójki, w końcu perkusistów mieli kilku, obecnie żadnego oficjalnego. 


20. SUMMER'S GONE

Długo się zastanawiałam czy umieścić tę piosenkę na liście. Lądowała na niej i znikała. A czemu tak? Bo wracam do niej tylko raz w roku. Bardzo sztampowo, oczywiście, pod koniec lata. To wszystko jest winą Trójki i red. Stelmacha, który rok w rok, mniej więcej o tej porze (no, może trochę później) puszczał ten utwór w swoich audycjach. I dziś rano, gdy wstałam sama z siebie o 6(!), i jeszcze przed kawą i śniadaniem, myślałam o planach na dziś, poczułam koniec lata w powietrzu. Zimno. Lato się kończy, do szkoły już nie wracam, ale ten utwór chyba zawsze będzie mi grał na przełomie sierpnia i września. I jeszcze ten fragment tekstu you try to break the mould before you get too old / you tryy to break the mould before you die. Tak, poproszę replay

19. SONG#6

Cover z ostatniej ep'ki Life's what you make it (oryginał Freak Power). I jak często narzekam na covery, tak do tych w wykonaniu Placebo mam słabość. Po pierwsze, często wybierają do tego perełki, o których wcześniej nigdy nie słyszałam (ten utwór, jak i zespół, jest na to przykładem). Po drugie, w coverach Placebo, słychać zamiłowanie do muzyki. To nie jest tylko odbębnienie ulubionego utworu, a coś więcej... może to pasja i miłość? Może tak właśnie powinny brzmieć covery robione przez prawdziwych fanów muzyki? Song#6 to mój ulubieniec z tej płyty.

18. BEGIN THE END

Pamiętam pewien jesienny wieczór, w moim pokoju, wówczas na krakowskiej Nowej Hucie. Włączyłam wtedy po raz pierwszy Loud Like Love... i bardzo mi się nie spodobało. Ogólnie byłam negatywnie, już z góry, nastawiona do tej płyty. Czemu? Hmm, wciąż trochę nie przebolałam pozytywności płynącej z Battle For The Sun, a single promujące LLL miały tej pozytywności, w brzemieniu, jeszcze więcej. Jedynym utworem, który mi się wtedy spodobał było Bosco (swoją drogą, to imię synka Stefana Olsdala). Do LLL wróciłam późnym latem 2015 roku, po tym jak w radiu po raz kolejny usłyszałam nr 20 z mojej listy. Dałam tej płycie, jak i zespołowi drugą szansę, po tym jak zerwaliśmy na parę lat, i przepadłam. Placebo znów stało się tym zespołem, a m.in. Begin The End jedynym z tych najważniejszych utworów w życiu. O czym ja myślałam, uznając LLL za zbyt optymistyczne nagrania? Serio? 

17. SLEEPING WITH GHOSTS

Soulmates never die. Utwór istnieje w dwóch wersjach: wersja delikatniejsza Sleeping with Ghost jest wersją albumową, zaś mocniejsze Soulmates, nagrana jako b-side, jest najbardziej znana z wersji live. Piosenka, a właściwie hasło w niej zawarte, uchodziło swego czasu za przydomek zespołu. Oni nie byli tylko Placebo, byli bratnimi duszami, które nigdy nie umrą. Nie za słodko? Dla mnie nigdy. Jak na zespół outsiderów, grających dla outsiderów nie mogli skomponować niczego bardziej trafiającego w punkt. 

16. BECAUSE I WANT YOU

Ten utwór zaskoczył u mnie dopiero przy wersji z koncertu MTV Unplugged. Moje pierwsze słuchanie/oglądanie tego nagrania odbyło się w sali kinowej, gdzieś na tylnych rzędach, w Krakowie. Szczerze nie lubię i nie rozumiem nagrania studyjnego. Jest całkowicie pozbawione placebowej aury, ale to z wersji unplugged... kocham. Zgniotło mnie wtedy i uderzyło. Nagle, po tylu latach, usłyszałam tekst tej piosenki, który wcześniej gdzieś prześlizgiwał się pod niewłaściwym natężeniem dźwięków... when I hit the bottle 'cause I'm afraid to be alone. Bosko. Raz jeszcze poproszę! 

15. JULIEN

słodki boże... kiedyś nie podobała mi się muzyka w tej piosence! Za zmianę mojego nastawienia do Battle For The Sun powinnam dostać świadectwo dojrzałości . Wydaje mi się że Julien jest jedną z tych piosenek, w których Molko zwraca się sam do siebie (Jak było to np. w Commercial for Levi, I know i Song to say goodbye). O tym że i tak nie ucieknie przed sobą, o tym że potrzebuje pomocy i nie ma w tym nic złego. Chyba nie muszę dodawać dlaczego akurat teraz to jest jeden z moich ulubionych kawałków? 

14. SPEAK IN TONGUES

W 2009 roku, do tego utworu puszczałam bańki mydlane, na warszawskim Torwarze. Nie był to wtedy mój faworyt z BFTS, w ogóle ten album nie był moim faworytem - zbyt jasny, zbyt pozytywny, zbyt mało placebowy (huehuehue). Dziś kocham ponad miarę. I zawsze w chwilach zwątpienia (zaczynać coś czy nie, pisać bloga czy nie) gdy słyszę we can built a new tomorrow today nabieram w sobie siły na działanie. Tandetnie? TAK. Ale cóż, bycie kogokolwiek fanem nosi w sobie znamiona tandetności. Poza tym mam słabość do zabaw słowem i używania nietypowych zwrotów, jak ten zaczerpnięty z Biblii. Jak najbardziej na plus. 

13. TEENAGE ANGST

Teledysk do tej piosenki jest jednym z tych które pamiętam z dzieciństwa. Dużo czerwieni, niezbyt pięknych ludzi i tak bardzo 90's. Nawet nie jestem w stanie wskazać jej wersji, której bym nie lubiła. A poza tym...


12. CENTREFOLDS

Może wiele osób zaskoczę, ale nigdy nie byłam fanką albumu Sleeping with ghost. Ten album jako całość nigdy mi dość dobrze nie grał, choć piosenki na nim zawarte już tak. Centrefolds po raz pierwszy wbiło mnie w fotel (w krzesło, bo siedziałam na krześle), podczas nocnego przesłuchiwania zaległej audycji red. Stelmacha, po ich zeszłorocznym koncercie w Warszawie. Brian mówił wtedy o utworach, które napisał o tym jak to jest gdy ciągle kogoś kochasz ale wiesz że już nigdy nie będziecie razem. Wystarczyło. 

11. SONG TO SAY GOODBYE

Końcówka Meds. I ten teledysk, który w owym czasie był tak bardzo ekscentryczny. Dziś myślę, że w jej tekście idealnie oddane są uczucia, jakie nam towarzyszą, gdy wiemy i czujemy, jak nasze problemy odbijają się na naszych bliskich. Gorzko, jak diabli. A tak poza tym to znakomicie napisany utwór. 

10. SPECIAL NEEDS

Zabrzmi to dość absurdalnie, ale wstęp tego utworu, do rozpoczęcia warstwy wokalnej, pokazuje to jak chciałabym pisać. Albo raczej, jak chciałabym by to co piszę, było odczytywane albo odczuwane. Wiem, niedorzeczność. A tak poza tym ta piosenka jest idealnym soundtrackiem, po tych wszystkich miłościach, które już dawno są w przeszłości, ale coś tam jeszcze lubimy powspominać. Melancholy bastard

9. THE CRAWL

To jest jedna z wielu placebowych wyciskaczy, na dziś jest moją ulubioną. Beznadzieja, zatapianie się w smutku, alkoholu, przepaści, ogólnie we wszystkim co na zdrowie nie pójdzie. Tak, poproszę. Replay razy milion.

8. BLUE AMERICAN

To nigdy nie był utwór, na który miałabym fazę. Ale... ile razy gdzieś go usłyszę, to czuję się bardziej przytulnie na sercu. Może to przez potulny zwrot do mamy... albo warstwę instrumentalną? Czytałam kiedyś, w jednym z wywiadów, że Molko chciał zrobić coś miłego. Napisać o czymś miłym, dla swojej mamy. Zdając sobie sprawę, że większość tekstów przez niego napisanych, raczej jej nie uszczęśliwia, w Blue American zwraca się do niej, by było jej milej. 

7. BURGER QUEEN

Kocham ten leniwy wstęp i powtarzane ospale hey you... Obojętnie, czy piosenka została napisana o byciu a gay goth heroin addict in Luxembourg, czy jest wynikiem najzwyklejszej pracy w studiu. Niezmiernie, od lat, jestem zauroczona. Zawsze mi idealnie grała, w duecie z krajobrazem miasta, które za wcześnie chodziło spać. Zawsze mi dobrze grała i gra nadal. Choć już nie czuję się tłamszona przez miejsce zamieszkania.

6. A MILLION LITTLE PIECES

Can't you see I'm sick of fighting? Can't you tell I've lost my way? Mamy tu wszystkie emocjonalne niedogodności związane z byciem tym zbyt wrażliwym i zbyt słabym. Cóż... jak smutne i podłe musiałoby być życie, gdybyśmy w momentach zwątpienia w siebie, nie mieli piosenek takich jak ta? Nie chcę nawet wiedzieć.

5. RUNNING UP THAT HILL

Prawdopodobnie jest to najlepszy cover, jaki kiedykolwiek powstał. Zaraz podpadnę... ale nie lubię Kate Bush. Zawsze była dla mnie za słodka i choć znałam tę piosenkę w oryginale, jeszcze zanim usłyszałam wersję Placebo, to sorry, ale cover wygrywa. Nagle słyszy się tekst, bardzo dobry, który w oryginale całkowicie przepadał w zbyt popowych dźwiękach. Od lat zespół wykonuje tę piosenkę, na scenie, zaraz po wyjściu na bis. W tej aranżacji, ta piosenka, wygrywa. 

4. EXIT WOUNDS

Perełka z LLL. To chyba jeden z najbardziej gorzkich tekstów, jakie kiedykolwiek powstały. Estetyczny majstersztyk. Jej źródło jest takie samo, jak w przypadku Centrefolds, ale przekaz jest już pozbawiony delikatności. Jeżeli ktoś, kiedykolwiek Ci powie, że w obecnej muzyce nie ma prawdziwych emocji, niech posłucha Exit Wounds. Pozostawia gorzki smak na ustach i chęć na więcej. L'appel du vide.

3. THE BITTER END

Mogę śmiało powiedzieć że to wszystko od The Bitter End się zaczęło. Namieszali mi w głowie.

Moja mama pewnie tego nie pamięta, ale pokochałam Placebo dzięki niej. Nie pamiętam czemu dokładnie, ale zrobiła mi awanturę, a ja na fochu przerzucałam kanały w TV kompletnie nie rejestrując co jest tam pokazywane. W pewnym momencie od mamy usłyszałam: i czego ty w ogóle słuchasz? Co to ma być? Potem nastąpiło narzekanie na zbyt wysoki głos, dziwny wygląd i makijaż Mr. Molko. Jeszcze zanim drzwi od mojego pokoju się zamknęły, ja już wiedziałam, że to jest ta sekunda, w której zakochałam się w tym zespole.

2. WITHOUT YOU I'M NOTHING

Był czas, gdy akceptowałam tylko pierwszą wersję tego utworu. Później pukam się w czoło ale jak to, tak bez Bowiego? Dwóch idoli razem, niebo jednak istnieje. Dziś słucham tylko tej drugiej wersji, w pierwszej brakuje mi Davida. Piosenka może i powstała z miłości do kokainy i innych narkotyków, ale gdy jej słucham, wiem że żyć nie mogę ale bez muzyki. Bez nich, Bowiego i wielu innych. I znów pisze jak nawiedzona. 

1. LENI

B-SIDE z Black Market Music, czyli tego albumy, który uchodzi za ten najgorszy w ich karierze. To zdecydowanie mój najważniejszy utwór Placebo. Mój każdy powrót do tego zespołu zapoczątkowany był tą piosenką. Leni. Uknułam, w swojej głowie, teorię że jest to nawiązanie do postaci Leni z Procesu Kafki. Tej pielęgniarki, która kochała się w oskarżonych mężczyznach. Nigdy nie znalazłam na to dowodu, to tylko moje domysły. Ale jak jej postać zapadła mi w pamięć, tak i ten utwór. Nawet nie pamiętam co było pierwsze. Miałam kiedyś nawet nagraną płytę z różnymi wersjami Leni, istnieje np. taka, w której zawarty jest fragment tekstu, później wykorzystany w Space Monkey. Proszę, tutaj.

___________________________________

Udostępniam playlisty

Od razu chciałabym podziękować wszystkim, którzy pomogli mi w uporaniu się z "problemami technicznymi". 

Pytane nr 1: Jakie są wasze ulubione utwory Placebo? Czy w ogóle ich słuchacie, jeżeli nie to jak wrażenia po przedstawionych, przeze mnie, piosenkach? 

Pytanie nr 2: Może chcecie poznać moje TOP 20 innego artysty/zespołu? Ale nie Bowiego!