niedziela, 3 grudnia 2017

dzienniki. otto pilotto

(12 sierpnia) Jest przed 3 w nocy. Jesteśmy w Budapeszcie, bardziej martwe niż żywe. Nocleg w barze, przy głośnej muzyce, nie jest najlepszym pomysłem. Jednak nasz couchserfer nas wykiwał, a w
znalezionych hostelach nie było już wolnych łóżek, a tam gdzie były ich cena była... hotelowa. Tak więc - jesteśmy tu. Zmęczone i ogłuszone. Nie chce mi się rozmawiać, zasnąć jest ciężko. A tak bardzo bym chciała.

Budapeszt jest piękny, ale na ten moment podoba mi się tak, jak wrzód na tyłku. I dalej nie wiem cóż takiego się tu wydarzyło... Jestem śmierdząca i klejąca i za kilka godzin w tym stanie będę łapać stopa do Timisoary. 

Węgierska telewizja i film z Mickey'em Rourke. W tle węgierskie techno i zapach lanego piwa. 

(14 sierpnia) Timisoara jest ładna, ale nic więcej. Zwiedzaliśmy miasto na rowerach mimo mojego oporu. Wolałabym powłóczyć się samotnie, pomilczeć i już nie słuchać jej wymądrzania się i koloryzowania rzeczywistości w Polsce. 

(15 sierpnia) Sibiu jest o wiele piękniejsze od Timisoary. Stare uliczki i niemiecka średniowieczna architektura. Timisoara była zbyt zachodnia, nowoczesna i przez to nijaka. Chociaż to tam właśnie zaczęła się rewolucja. 

Jestem mistrzem - upiłam się jednym piwem. Poznałam Niela, z Francji, który jest na EVS-ie w Rumunii. Zostaliśmy sami na starym mieście, A. pojechała z Rainerem gdzieś w góry nad jezioro. Do Brasova już wybieramy się stopem!

Podczas tych kilku godzin z Francuzem, dochodzi do mnie, jak wiele beztroski i codziennego szczęścia, utraciłam na przestrzeni ostatnich miesięcy. Im bardziej byłam zrujnowana, tym więcej tańczył nade mną. Teraz nie rozumiem połowy wypowiedzianych w moją stronę słów. I jest mi o wiele lepiej. 

Niel upomina mnie bym słuchała koncertu, a nie coś tam pisała. Koniec na dziś. 



(18 sierpnia) Przysnęłam w samochodzie jadąc stopem... kiedy się obudziłam miałam przed oczami tylko szczyty gór i zalesione zbocza. Gdzieś w dole jechał pociąg. Jeżeli to nie był piękny krajobraz, to nie wiem co może nim być. 

To jeszcze ta pora dnia, kiedy na przywitanie mówimy do siebie Bună dimineaţa. Na stacji benzynowej dostałyśmy papierową torebkę – to na niej napisałam BUC poprawiając parokrotnie litery by były mocno zarysowane. 

Złapałyśmy samochód. Nasi nowi kierowcy – Leonardo i Mario z pochodzenia Włosi, ale żyjący we Francji, przyjechali do Rumunii na wesele przyjaciela. Wraz z nimi dojechałyśmy, już bezpośrednio do pięknego w swej brzydocie Bukaresztu. 

To miasto mnie fascynuje – choć nawet nie jest ładne. Z ogromnym ego i manią wielkości. Zniszczone przez II wojnę światową i odbudowane. Zniszczone przez trzęsienie ziemi i odbudowane. Zniszczone, chyba najdotkliwiej, przez chore ambicje Nicolaia i Eleny Ceaușescu i wciąż odbudowywane. 

Pora na zwiedzanie, można zostawić swoje rzeczy w hostelu i iść na miasto. Włosi już na nas czekają.

(19 sierpnia) and the wind is blowing like the end of the world... zmierzch, przywitanie nocy i woda pod stopami cieplejsza od powietrza. Zaspokajam właśnie mój ogromny deficyt morza. 

Powoli zaczynam tęsknić za domem. Miałyśmy tańczyć wieczorem na plaży, a siedzimy, pijąc piwa z tequilą i wyrzucając z siebie wszystkie żale. Do północy będzie po wszystkim. Słoność, gorzkość i zgorzkniałość. Nikt mi nigdy nie powiedział, że wyglądam na szczęśliwą. 

Co jest nie tak z tą Rumunią? Czy to zmierzch dyktatury czy tylko popłuczyny po niej? Ceaușescu raz jest zdrajcą i zakałą, innym razem bohaterem, który został wplątany w intrygę żony. Jedno jest pewne, przyczynił się do tworzenia tożsamości narodowej, a królowie wiedzą jak to robić, nawet gdy są zwykłymi komunistycznymi dyktatorami. 


Dzienniki pochodzą z lata 2014 roku. 
Tak samo jak i zamieszczone zdjęcia.