born in 1991

Urodziłam się w 1991 roku, gdy wciąż wschodnią granicę dzieliliśmy ze Związkiem Radzieckim, a południową z Czechosłowacją. Urodziłam się pod kierunkowym zaczynającym się na 15, na blokowisku, w mieście z betonu, w którym większość ludzi pracowała, na trzy zmiany, w hucie. A jeździli do niej na rowerach. 

Hay Lin z W.I.T.C.H.
Swój szczyt kondycji i gimnastyki osiągałam na trzepaku i podczas gry w gumę. Na parkingu pod blokiem rysowaliśmy kredą Ziemię, na której zaznaczaliśmy swoje państwa, podczas dziwnej gry z rzucaniem patyka w dal. Nigdy nie nauczyłam się skakać na skakance, po tym jak podczas deszczowego dnia, uczyłam się tego w domu i stłukłam 3 żyrandole w przedpokoju.

Jako jedno z najmłodszych dzieci na osiedlu i najmłodsze w klatce ciągle byłam pod opieką ciut starszych koleżanek, które chciały wówczas zostać nauczycielkami. Dzięki nim czytałam już na długo przed pójściem do właściwej szkoły. 

Pamiętam że zawsze miałam krótkie włosy, bo tak ścinała mi je mama podczas modlitwy o ich gęsty porost. Marzenie. Byłam blada, chuda jak szczapa i chorobliwie nieśmiała. I nigdy się nie uśmiechałam do zdjęć. Do dziś się tego nie nauczyłam. 

Zaraz miało zacząć się nowe tysiąclecie i mieliśmy wejść w nowy wiek. W powietrzu czuło się lęk, wymieszany z euforią, u dorosłych. Wtedy, w telewizji, widziałam po raz pierwszy takie filmy jak Pretty Woman, Śniadanie u Tiffany'ego i Dziecko Rosemary. Stacje muzyczne były w większości niemieckojęzyczne, a ja zastanawiałam się czemu nie są po ukraińsku, skoro mieszkamy tak blisko granicy. Były teledyski Bowiego i The Cure na MTV classic i Genie in the battle Christiny Aguilery w normalnym MTV. 

Czarodziejka z Marsa, moja ulubiona
Szkoła podstawowa minęła na wielkich przyjaźniach (które kończyły się z dnia na dzień), koloniach na Węgrzech (bo bliżej niż nad Bałtyk), Czarodziejce z KsiężycaAparatce i W.I.T.C.H. (Byłam Hay-Lin). Gimnazjum rozpoczynałam wraz z Lizzie McGuire. Podczytywałam siostrzane Bravo i Popcorn, a czasami z nudów nawet Tele-Tydzień

Najfajniejsze weekendy były tymi wyjazdowymi. A najlepiej to już było, gdy jechaliśmy nad Solinę, a po drodze w Rzeszowie zajeżdżaliśmy do McDonalda na czekoladowe szejki. Wakacje rodzinne były na Słowacji (gdy tam jeszcze nie było euro) i u cioci na Mazurach.  

Pamiętam strach przed szczepionkami w szkole. Różyczka, odra to była pestka, ale jak padło Heine Medina to każdemu trzęsły się kolana. A i tak najgorzej było, gdy ktoś (albo starszy brat) walnął cię w szczepionkę. Wtedy miało się już śmierć przed oczami i czekające na nas aniołki w zaświatach.  

Łacina podwórkowa powodowała rumieńce, a na koszulkach nosiła się czasami nawet gorsze napisy po angielsku. Koleżanka uczyła mnie staroruskiego, podczas lekcji dodatkowych na trzepaku (staroruski polegał na dodawaniu do każdej sylaby przedrostka "ka" katokaniekabyłkaprawkadzikawykastakarokaruskaki). 

Do dziś strefy czasowe rachuję na podstawie wspomnień relacji z 11 września. Skoro ja byłam po szkole, gdy w telewizji na żywo pokazywali, jak samoloty rozbijają się o wieże, a tam był ranek to już pamiętam, w którą stronę mam obrócić zegar w mojej głowie. Pamiętam również, jak następnego dnia w szkole panikowaliśmy, że będzie wojna i spalą nas w piecach albo zgnijemy w obozach. 

Dzięki Nosowskiej i Hey dowiedziałam się, już w dzieciństwie, że nie to nie, mówię nie gdy myślę nie i że to nic złego lubić ten stan rozkoszne sam na sam (wtedy jeszcze bez kawy, ale kakao udawało kawę z mlekiem). Introwertyzm nie był zakalcem osobowości, gdy Rojek z Myslovitz śpiewał o tym jak bardzo lubi trochę przesadnie pobyć sam. A kilka lat później ich Sprzedawcy marzeń, jakoś tak niepokojąco poruszały za serce. 

O cyniczny świecie, to już na przełomie wieków uczyli mnie o tolerancji, równości i siostrzeństwie! I o tym by być pozytywnym wojownikiem i nie zdradzać swoich ideałów! Нас не догoнят!

Ale żeby nie było tak słodko, to przypomnę i przyznam się zarazem do śpiewania chórem, że facet to świnia i że Baśka miała fajny biust. Grzeszki młodości, a jakże łatwo i przyjemnie wpadające w ucho!