mam problem ze swoim wiekiem

2014

Moja mama często mawia, o dzieciach urodzonych w grudniu, że mają stracony rok. Będą uczyć się alfabetu wraz z dziećmi, które umiały już chodzić, gdy one dopiero się rodziły. Będą mniejsze i młodsze. Najmłodsze w klasie. Podobno to źle wpływa na życia.

Nigdy nie umiałam się z nią zgodzić w tym temacie (jak i wielu innych). Bo mnie, tak na prawdę odkąd pamiętam, doskwierał mój wiek. I nie ważne ile to było lat. Zawsze wśród rówieśników byłam starsza, bo urodzona w lutym. Co innego w domu, bo tutaj jestem najmłodsza i tej roli również nigdy nie lubiłam.

Kiedy większość koleżanek z klasy obchodziła swoje osiemnaste urodziny w III klasie, dla mnie były one wspomnieniem z poprzedniego roku szkolnego. Skończyłam technikum, a co za tym idzie maturę miałam w wieku 20 lat. 20 LAT. Nie byłam już nastolatką, gdy podchodziłam do tego egzaminu. Radość sprawiło mi, gdy wyznaczono termin studniówki na koniec stycznia. Bo dzięki temu byłam na niej, gdy jeszcze byłam dziewiętnastolatką. Głupie?

To tylko liczba. Cyferki w różnych kombinacjach. I to nie jest tak, że szlocham nad nimi. Nie. Ale mimo wszystko, gdy mi o sobie przypomną, to mi gorzko na języku i czuję niestrawność w tej sferze mózgu odpowiedzialnej za samoakceptacje. Moja wada, jak cellulit na udach.

Przecież to tylko wiek - ktoś pewnie powie. I ja to wiem. Mimo wszystko, gryzie mnie to jak metka przed wycięciem. Nie płaczę po nocach, chociaż bywało że wymiotowałam po przebudzeniu w dniu urodzin. Urodzin, których nigdy nie świętuję, bo chcę je jakoś przeżyć i nie roztrzaskać się pod naporem samozwątpienia. Znowu, to tylko wiek. Niezależnie od swojej wartości, i czy jest za duży czy za mały, jest moim kompleksem. Problematyczna skóra i rozstępy nie doskwierają mi jak on. Ten wiek.

I ciągle meh, gdy o nim myślę. I grymaszę się, bo znów nad nim rozmyślam, jakby miało to jakikolwiek sens i cel. Kompleks, który jest najtrudniejszy do wytłumaczenia, bo pokazać go nie mogę. I jeszcze sensu w nim nie ma, taki o to problem.