mów do mnie tak, bym nie musiała tego czytać

Doskwiera mi deficyt rozmów, takich prawdziwych, gdy druga osoba jest w zasięgu ręki. Gdy słyszy się wyraźnie głos i reakcję i nie trzeba polegać na emotikonach, które zastępują kropki kończące zdanie.  Kontaktu z człowiekiem. Szczerego i oddanego. Czasu spędzonego razem.

Czy to tylko ja źle sobie ułożyłam życie, czy to choroba cywilizacyjna? Coraz częściej, gdy chcę powiedzieć co u mnie, milknę gdy wiem, że zaraz będę stukać w klawisze. Nie chce mi się. Nie chcę tej namiastki bliskości. Nie chcę widzieć tych buziek i gifów, które mają zastąpić emocje wypisane na twarzy. 

Są oczywiście sytuacje bez wyjścia. Z najbliższymi dzielą mnie kilometry dziurawych dróg i opóźnione pociągi. Ciężko się zgrać, by umówić się na spotkanie na Skypie, więc króluje Messenger. Krótkie rozmowy, szybkie reakcje i całodzienne stukanie w telefon.  

Tak nie leczy się samotności. I coś tu porządnie nie gra, skoro na samotnym spacerze piszę z ludźmi, którzy siedzą samotnie na drugim końcu miasta.

W jednym z wywiadów, reżyser Jean-Luc Godard rozwinął skrót SMS, jako save my soul. A dziś już nawet SMS-ów nie ślemy.