nie uczyłam się do matury

W tym roku mija 7 lat od mojego egzaminu dojrzałości i choć wszystko zostało zaliczone, ja wciąż dojrzała nie jestem. 

Maturę powinnam mieć rok wcześniej, ponieważ urodziłam się w 1991 roku. Niestety, wybrałam się do technikum i tym sposobem popełniłam swój drugi największy błąd w życiu. Trzecim było niezmienienie szkoły, gdy już wiedziałam że to nie to. A właściwie niezasięgnięcie większej ilości porad. To było błędem, gdyż moja wychowawczyni twierdziła, że jak przejdę do liceum to klasę niżej i skończę szkołę i tak w 2011 roku. Co nie było prawdą. 

Miałam pięć pisemnych egzaminów w ciągu trzech dni. Pamiętam że siedząc na rozszerzonym angielskim dostawałam już głupawki z przemęczenia. Ustne egzaminy miałam blisko dwa tygodnie później, a czas na przygotowanie i powtórkę wykorzystałam na krakowskie juwenalia. A później kuśtykałam wchodząc do sali. Na juwenalia, po maturze, już ani razu nie dotarłam.


Z tego okresu najwyraźniej pamiętam padający śnieg, w nocy, przed egzaminem pisemnym z polskiego i moją przyjaciółkę, które wzięła tak dużo leków na złagodzenie drapania w gardle, że odpływała siedząc kilka ławek za mną na matematyce. Nie zakaszlała ani razu i wszystko zaliczyła przyzwoicie. Szacun. 

Moja nauczycielka od polskiego bała się, że nie wbiję się w klucz. Im lektura bardziej mi się podobała, tym gorzej mi to przychodziło. Dlatego też, gdy przyszło do ostatecznego starcia, nawet nie przeczytałam całego zawartego w arkuszu fragmentu Granicy Nałkowskiej. A tylko zdanie po zdaniu wyłapywałam co trzeba i bardzo skromnym językiem charakteryzowałam Justynę Bogutównę. Oby nikt nigdy tego nie przeczytał, bo gorzej pisać nie umiem. 

Z ustnego angielskiego na poziomie podstawowym dostałam 19/20 punktów. Zasługa nazwiska na B i bycia nr 1, bo przecież osoba, która zdawała jako pierwsza nie mogła dostać maksa. Na rozszerzonym kwiczałam, jak polskie lasy i puszcze pod rządami ministra Szyszki. Tak, miałam pytanie o środowisko. Sorry, ale w tamtym czasie, na ten temat to ja nic nie wiedziałam. Nawet po polsku.

To był bardzo zimny początek maja. Na szczęście, garsonka, którą zakupiła mi mama była za letnia na ten klimat. Egzaminy pisałam w czarnej skórze z lumpeksu i spodniach w kancik. Te spodnie to w sumie bardzo fajne były.

Nie uczyłam się do matury. Nawet się nie stresowałam szczególnie. Dokładnie rok wcześniej, leżałam w szpitalu, na pooperacyjnym i przez cały rok, przez całą moją maturalną klasę, stąpałam po niepewnym gruncie własnych lęków przed śmiercią.

Wszystko zostało zdane z bardzo przeciętnym wynikiem. Nie przeszkodziło mi to w dostaniu się na Uniwersytet Warszawki, Jagielloński i im. Adama Mickiewicza. Na dwóch ostatnich studiowałam i nie obroniłam się na żadnym. Ale to już są inne historie.