melduję z Malty, że żyję

Spodziewałam się większej panik po sobie. Ręce drżą mi lekko, choć nie wiem czy z podniecenia czy ze strachu. Nie było mi smutno przy pakowaniu. Wyszłam tak, jakby wyjścia tego nie poprzedzało oddanie kluczy. Specjalnie się nie cieszę na wyjazd. Jest bardziej nijako, niż jakoś. 

Czerwiec dał mi popalić. Miałam palce umorusane malinami, bo truskawki pleśniały zaraz po zakupieniu. Kichałam z pogardą na nowe obowiązki w pracy, które zostały mi dostarczone na odchodne. I ostatnia pensja, która nic nie wzrosła nawet pomimo nie w pełni wykorzystanego urlopu. Pożal się boże. 

Tak więc Malta. Mam opłacony hostel na dwie noce i nic więcej. Momentami mam ochotę z tego zrezygnować, zostać w Warszawie i działać tak, jak wstępnie sobie zaplanowaliśmy. Jak zaplanowaliśmy jesień, kiedy tu wrócę i liście zaczną spadać z drzew. 

Siedzę teraz przy dużym oknie i otulam się kocem. Zimno mi po spacerze, senność kusi mimo trzech kaw z czubatych łyżek. Jest jak w listopadzie, no może w październiku. 

Czy stanie się coś złego, jeżeli wrócę po tygodniu? Może nie znajdę pracy, ani mieszkania. Z braku mostów, nie uda mi się zamieszkać pod mostem. Może na plaży? Ciekawe czy można. Jak mówią, na starość człowiek głupieje. A ja zaliczam zryw młodości przed trzydziestką. Wyprowadzka z kraju, za granicę, na wyspę, daleko. Dalej na południe w Europie pojechać nie mogę. Polecieć.

(1 lipca)
__________________________________________________

Dziś rano wymeldowałam się z hostelu i przeprowadziłam do wynajętego pokoju. Największą radość, jak na razie sprawia mi łóżko, na którym spać mogę nawet w poprzek. To duża odmiana po latach spania na jednoosobowych tapczanach. Wieczór poświęcam na relaks, a jutro będę roznosić swoje CV po lokalnych knajpach. 

(5 lipca)